"Nie wierzę w przypadki. Podobne dusze zawsze na siebie trafią. Świat z pozornie nieznaczących zdarzeń, będzie im układał drogę do siebie tak długo, aż w końcu się spotkają. Kiedy ktoś ma się pojawić w naszym życiu, to się pojawi. Zadba o to każda gwiazda i każdy obłok na niebie."
Czasami brakuje mi kłótni o byle co. I choć dawniej był to mój największy problem, największy dramat nastoletniej mnie to teraz wspominam to całkiem miło. Wciąż pamiętam jak przepłakałam cały wieczór, ponieważ starsza siostra Bartka powiedziała mi kilka niemiłych rzeczy. Zasiała niepewność i tym samym udowodniła mi, że mam problemy z zaufaniem. Albo pokazała mi jak bardzo naiwna potrafiłam być, bo po prostu wierzyłam ludziom, w ludzi i ich dobroć. Nie umiałam myśleć o tym, że robią coś złośliwie, że sieją chaos i bawią się cudzym życiem. Nie zrozumcie mnie źle, starsza siostra Bartka nie jest złem wcielonym. Kocham Sylwię i nic tego nie zmieni. Po prostu te kilka lat temu każda z nas była królową dramatu i lubowała się w mieszaniu w egzystencji lub w użalaniu się nad nią. Dlatego nic dziwnego, że gdy odkryła kto zrzucił bezlitośnie na kafelki jej prostownicę to postanowiła się zemścić. Najzabawniejsze jest tylko to, że winny o niczym nie wiedział i to nie on przepłakał z tego powodu cały wieczór. To był na tamten czas jeden z najgorszych dni w moim życiu. Mimo to, gdyby nie taki obrót zdarzeń nigdy nie stałby się jednocześnie jednym z moich ulubionych. Bo wiecie było po dwudziestej pierwszej, ostatni pociąg w moją stronę odjechał kilka minut przed tą cholerną dziewiątą wieczorem, a ja na SMS'a od Bartka postanowiłam odpisać "wal się". Najgorszy wieczór w życiu! A mimo to jakąś godzinę później jak nie więcej zjawił się zdyszany pod furtką domu moich rodziców. Czternaście kilometrów. Taka odległość dzieliła nasze domy. Taką odległość przejechał rowerem przed dwudziestą drugą będąc zmęczonym po całym dniu żniw u dziadków. A potem całe czternaście już nie kilometrów, a dni miałam szlaban za to, że przesiedziałam z nim noc w starej szopie za domem.
Dlatego czasem sobie pozwalam. Na dramatyzowanie. Brakuje mi tej niepewności w związku, zawahania, brakuje mi tego "będziesz mój?". Bo przecież to była głupota, a świat walił się jakby cały tlen odessano z atmosfery. Mała głupota, która chwilę później zamieniała się w tyle ciepła. I choć dzisiaj mniej muszę się martwić ciszą między nami to i tak jakoś mi tęskno. Bo mniej jest takich gestów, że rzucamy wszystko, że sprzeciwiamy się rodzicom, że nie śpimy. Dzisiaj to "kocham" mówione jest z bólem w gardle po całych ośmiu godzinach gadania w pracy. Mimo to jest takie pewne, proste i jednoznaczne. Takie, że nie powinnam się bać żadnej ulotności, bo przecież jest bardziej mój niż kiedykolwiek, choć czasami właśnie chciałabym tego zawahania. Żeby powiedział "jesteś moja" niby pewnie siebie jednak spoglądając na mnie pytającym wzrokiem. Żeby znów nie przespał nocy i nie pojechał na drugi dzień na żniwa.
Daj mi to. Uśmiech w półmroku, dłonie, które kiedyś niepewnie zsuwały z mojego ramienia ramiączko koszuli nocnej i ten strach, przyjemny strach przed wszystkim co nowe. Daj mi. Nie pojedź kiedyś do pracy. Zaśpij, zachoruj na niby. Zostańmy razem nie wiedząc co dalej.
Tamta niepewność. Nauczyła nas wiele.







